Głos przyszłej teściowej — cienki, słodkawy, wkradający się niczym przeciąg — dotarł do sypialni z korytarza. Olga zamarła, trzymając w rękach stos nowych koszulek — dwie dla siebie, dwie dla Aleksandra. Nie od razu zrozumiała, że to do niej zwraca się Zinaida. Myśl wydała jej się tak absurdalna, że mózg odmówił jej przetwarzania.
Powoli się odwróciła. Zinaida Pietrowna stała w drzwiach, zaciśniętymi w wąską kreskę ustami — tą samą, która zawsze zwiastowała kłopoty. Jej wzrok utkwił w dwóch błyszczących kartkach leżących na narzucie obok otwartego w pół walizki. Wczasy w Soczi. Ich z Saszą pierwszy wspólny wyjazd nad morze, prezent, jaki zrobili sobie na zaręczyny.
— Słucham? — głos Olgi zabrzmiał głucho, jakby dochodził spod wody.
— Mówię, że oddasz swoją wycieczkę Leniuszy — powtórzyła Zinaida, wchodząc do pokoju i bezceremonialnie siadając na brzegu łóżka. Wzięła do ręki jedną z kartek, obracała ją między palcami z idealnym, choć staroświeckim manicure. — Saaszeńka pojedzie sam. A ty oddasz swoją mojej siostrzenicy. Dziewczyna ma dyplom, pierwszą pracę, jest zmęczona. Jej bardziej się przyda.
Za oknem wiatr zawył z nową siłą, uderzając w szybę garścią ostrego śnieżnego gradu. Surowa, bezlitosna zima w Czelabińsku. Olga poczuła, jak po plecach przebiega chłód, który nie miał nic wspólnego z pogodą. Patrzyła na niską, apodyktyczną kobietę z pieczołowicie ułożonymi włosami w kolorze drogiej „bakłażanowej” farby — i po raz pierwszy od dwóch lat związku z jej synem poczuła nie irytację, lecz czystą, destylowaną wściekłość.
— Zinaido Pietrowno, ja i Aleksander lecimy razem. To nasz wyjazd.
— Był wasz, będzie jego — odparła tamta bez chwili wahania. — Co, szkoda ci? Jesteś dorosłą kobietą, masz czterdzieści dwa lata, morze widziałaś sto razy. A Lenusia młoda. Jej potrzebne są wrażenia. I Saszeńce dobrze zrobi pobyć samemu, pomyśleć przed ślubem. Mężczyzna potrzebuje przestrzeni osobistej.
„Przestrzeni osobistej”. Od tego zwrotu, wypowiedzianego tak słodkim tonem, Olgę aż zabolały zęby. Ostrożnie położyła koszulki na komodzie. Walizka na łóżku nagle wydała jej się obca, wręcz niedorzeczna. Świat, który pięć minut temu był jasny i poukładany, przechylił się.
— Nie oddam swojej wycieczki — powiedziała cicho, lecz wyraźnie. Każde słowo brzmiało jak gładki, zimny kamień.
Zinaida Pietrowna westchnęła, jakby Olga właśnie zażądała od niej nerki.
— Wiedziałam, że jesteś egoistką. Wszystko dla siebie. Saszeńka taki miękki, taki dobry, jemu potrzebna jest kobieta, która myśli o rodzinie, a nie tylko o własnych przyjemnościach. Porozmawiam z nim. Zrozumie. Szanuje matkę.
Wstała, odłożyła kartkę na miejsce i ruszyła do wyjścia. W progu odwróciła się.
— I nie obrażaj się. W twoim wieku to nie przystoi. Bądź mądrzejsza.
Drzwi się zamknęły. Olga została sama. Wiatr za oknem zawodził swój ponury, wściekły lament. Podeszła do okna i oparła czoło o zimną szybę. Na dole, w świetle latarni, zamieć wirowała śniegiem i porywała go w ciemność alejki. Nie płakała. Łez nie było. W środku wszystko zamarzło, przemieniło się w ostry, dźwięczący kryształ.
Od prawie dwudziestu lat pracowała jako fryzjerka. Jej ręce potrafiły tworzyć piękno, odmieniać ludzi, dawać im radość. Wiedziała, jak jednym ruchem nożyczek zmienić wizerunek i nastrój. Teraz z przerażającą jasnością zrozumiała, że jej własne życie też trzeba „przyciąć”. Bezlitośnie i do samego korzenia.
Nie wróciła do pakowania walizki. Zamiast tego poszła do kuchni, wyjęła z barku butelkę koniaku. Drogiego, francuskiego. Saszy. Oszczędzał go „na specjalną okazję”. Cóż, okazja była aż za bardzo wyjątkowa. Nalała sobie hojną porcję do szklanki po soku i wypiła pół jednym haustem. Gardło zapiekło, ale w piersi zrobiło się cieplej.
Gdy godzinę później wrócił Aleksander, siedziała w tym samym miejscu, wpatrzona w ciemne okno. Wszedł do kuchni roześmiany, zmarznięty, z torbą jej ulubionych eklerów.
— Oluśka, hej! A ja tu… — urwał, widząc jej twarz i butelkę na stole. — Coś się stało? Mama była?
Już wszystko wiedział. Olga zobaczyła to po jego nerwowych ruchach, po tym, jak odwracał wzrok.
— Była — powiedziała spokojnie. — Zaproponowała, żebym oddała swoją wycieczkę twojej siostrzenicy.
Aleksander westchnął ciężko i przeczesał dłonią włosy. Ten gest, który kiedyś wydawał się jej rozczulający, teraz budził tylko irytację.
— Ola, przecież znasz mamę… Ona nie chciała źle. Ona po prostu… bardzo kocha Lenę. I mnie. Chce dobrze.
— Dobrze dla kogo, Sasza? — spojrzała mu prosto w oczy. — Dla niej? Dla Leny? A dla mnie? Gdzie ja jestem w tym równaniu?
— No dlaczego od razu zaczynasz? — usiadł naprzeciw niej, próbował ująć jej dłoń, ale cofnęła ją. — Mogłaś po prostu się zgodzić. Poleciałabyś kiedy indziej. Czy to aż takie ważne? Robić dramat z powodu jakiejś wycieczki… Przecież jesteśmy prawie rodziną.
„Prawie rodziną”. W tej „prawie rodzinie” dla niej — czterdziestodwuletniej kobiety z własną pracą, mieszkaniem i życiem — przewidziano rolę statystki, która ma „być mądrzejsza” i ustępować.
— Tu nie chodzi o wycieczkę, Sasza. Wiesz o tym.
— Nie wiem! — zaczął się unosić. — Nie rozumiem, czemu nie można po prostu zrobić tak, żeby wszystkim było dobrze i spokojnie! Po co te sceny?
To był moment kluczowy. Punkt bez powrotu. Nie próbował jej bronić. Chciał tylko, żeby się ugięła — byle jemu było wygodnie.
Olga wstała.
— W takim razie, Aleksandrze: nie jedziesz do Soczi. Ja też nie. Wycieczki możesz oddać mamie. Niech przekaże komu zechce.
— Jak to? — popatrzył na nią z dołu, zdezorientowany.
— Tak to. I ślubu nie będzie. Spakuj swoje rzeczy.
Powiedziała to spokojnie, prawie bezbarwnym głosem — i właśnie ta spokojna stanowczość przeraziła go bardziej, niż gdyby krzyczała.
— Ola, zwariowałaś? Przez taką bzdurę? Jesteś roztrzęsiona, dajmy temu czas…
— Nigdy nie byłam bardziej spokojna — spojrzała na niego jak na obcego. — Nagle wszystko zobaczyłam jasno. Dziękuję twojej mamie. Otworzyła mi oczy.
Mówił coś o miłości, o dwóch latach razem, o tym, że działa impulsywnie. Słuchała w milczeniu, potem poszła do sypialni, wyjęła jego rzeczy z szafy i spakowała je do torby przygotowanej na Soczi.
Gdy wystawiła torbę do korytarza, patrzył na nią z żalem i pretensją — jak dziecko, któremu odebrano zabawkę.
— Jeszcze pożałujesz — rzucił, zakładając kurtkę. — W twoim wieku tak wyrzucać z życia mężczyzn… Komu będziesz potrzebna?
Drzwi trzasnęły. Olga znów została sama. „W twoim wieku”. Drugi tego wieczoru cios. Uśmiechnęła się krzywo. Wiatr za oknem zawył jakby porozumiewawczo. Wyjęła telefon i wybrała numer koleżanki.
— Marysia, hej. Jutro masz zmianę? Zamień się ze mną, proszę. Muszę. Tak… nie, nie choruję. Uwolniłam się.
Następnego dnia — w swój nagły dzień wolny — nie siedziała w domu, tonąc w rozpaczy. Poszła do teatru. Nie jako widz. Wczorajszy koniak i wściekłość dały jej odwagi, której brakowało od miesięcy.
Olga była najlepszą fryzjerką w salonie. Ale jej prawdziwą pasją był teatr. Chodziła na premiery, znała repertuar na pamięć, śledziła artykuły o teatralnych fryzurach. Jedną z jej stałych klientek była gwiazda miejscowego dramatu, Irina Wolska. To Irina któregoś razu westchnęła:
— Ołeczka, z twoimi rękami i smakiem powinnaś pracować u nas. Nasza perukarka ledwo zipie, a młodzi nie mają fantazji.
I tak oto Olga, ubrana w najlepszą sukienkę, stała przy wejściu dla personelu Teatru Dramatycznego w Czelabińsku. Wiatr miotał jej płaszcz, rzucał w twarz śniegiem. Prawie się wycofała, uznając to za szaleństwo. Ale potem przypomniała sobie słowa Zinaidy: „komu ty będziesz potrzebna”. Zacisnęła zęby i otworzyła ciężkie drzwi.
Główny scenograf, do którego zaprowadziła ją życzliwa portierka, okazał się surowym mężczyzną po sześćdziesiątce z siwą brodą i przenikliwym spojrzeniem. Nazywał się Fiodor Iwanowicz. Obejrzał Olgę od góry do dołu.
— A więc od Iriny jesteś. Fryzjerka, tak? A peruki umiesz robić? Doklejki? Tresy? My tu nie robimy strzyżeń maszynką. My mamy Molière’a.
Olga wyprostowała plecy.
— Nie umiem. Ale uczę się szybko. Rozumiem formę. Mogę spojrzeć na szkic i zobaczyć, jak to powinno wyglądać na żywym człowieku. Potrafię stworzyć charakter fryzurą.
Fiodor Iwanowicz mruknął.
— Charakter, powiadasz… Dobra, zobaczymy.
Zaprowadził ją do pracowni perukarskiej. To był inny świat — pachnący lakierem, proszkiem, starym aksamitem. Na półkach stały dziesiątki główek z perukami różnych epok. Olga patrzyła na nie jak na skarby.
— Proszę — wskazał na potarganą jasną perukę. — „Wesele Figara”. Hrabina. Jutro mamy próbę generalną, peruka w opłakanym stanie. Trzeba przywrócić kształt, loki, objętość. Uda ci się — pogadamy. Nie — drzwi tam.
To było wyzwanie. Dokładnie takie, za jakim tęskniła przez lata. Wzięła perukę w ręce. Włosy były matowe i splątane, ale pod warstwą lakieru widziała potencjał.
— Będę potrzebowała gorących szczypiec, spinek, mocnego lakieru i… odrobiny pańskiego zaufania — powiedziała spokojnie.
Iwanowicz mruknął, ale w jego oczach zamigotało zaciekawienie.
— No to rób.
Pracowała trzy godziny bez przerwy. Jej palce pamiętały coś, czego dawno nie wykonywały. Nie tylko kręciła loki — budowała konstrukcję, wyobrażając sobie twarz aktorki, światło reflektorów, brzmienie kostiumów. Wkładała w tę martwą perukę całą swoją czułość, całą złość, całe pragnienie nowego życia.
Gdy skończyła, na główce pyszniła się fryzura godna prawdziwej hrabiny. Loki sprężyste, ale naturalne, każdy na swoim miejscu.
Fiodor Iwanowicz podszedł, obszedł ją w milczeniu, dotknął jednego lokka.
— No… — powiedział po długiej pauzie. — Od poniedziałku możesz przychodzić. Na pół etatu. Na początek. Mamy niedługo premierę „Wiśniowego sadu”. Roboty huk.
Kiedy wyszła z teatru, wiatr ustał. Wielkie płatki śniegu powoli spadały w świetle latarni. Wciągnęła mroźne powietrze i roześmiała się — głośno, prawdziwie. Kogo będzie potrzebować? Siebie. Będzie potrzebować siebie.
Pierwsze tygodnie były szalone. Dzień — salon, wieczór — teatr. Sypiała po pięć godzin, ale nie czuła zmęczenia. Teatr pochłonął ją całkowicie. Uczyła się kleić brody, robić „postarzający” makijaż, naprawiać peruki, tworzyć fantazyjne konstrukcje. Była u siebie. Koledzy z pracowni, początkowo ostrożni, szybko ją zaakceptowali, widząc jej talent.
Z Fiodorem Iwanowiczem łączyły ją szczególne relacje. Był surowy, wymagający — ale w przerwach wieczornych potrafił robić herbatę i opowiadać o dawnych czasach, o wielkich aktorach, o podróżach teatralnych po całym Związku. Olga słuchała jak zaczarowana.
Aleksander próbował wracać — SMS-y, telefony, przeprosiny. Raz nawet czekał pod jej blokiem z bukietem róż.
— Ola, mama przeprosi. Przesadziła. Porozmawiałem z nią. Zacznijmy od nowa. Pojedziemy gdzie chcesz — nawet na Malediwy!
Stał przed nią, elegancki, zadbany, ale obcy. Patrzyła na niego i widziała tylko dorosłego mężczyznę, który boi się sprzeciwić matce.
— Sasza, już nie trzeba — powiedziała cicho. — Nie chcę Soczi, nie chcę Malediwów. Mam inne życie.
— Jakie życie? — wykrzyknął. — W salonie fryzjerskim? Co niby się zmieniło?
— Ja się zmieniłam — odpowiedziała i minęła go, wchodząc do klatki.
Premiera „Wiśniowego sadu” była na koniec lutego. Stres narastał, teatr tętnił energią. Olga odpowiadała za fryzurę Raniewskiej. Stworzyła obraz rozpadającej się, pełnej melancholii kobiety — zwiewne kosy, niesforne pasma.
W dniu premiery w garderobie panował chaos: zapach pudru, nerwów i sukcesu. Olga poprawiała ostatnie szczegóły na głowie Iriny Wólskiej.
— Ołeczka, to arcydzieło — szepnęła aktorka. — Ty nie jesteś fryzjerką. Ty jesteś artystką.
Kiedy rozbrzmiał trzeci dzwonek, Olga została za kulisami. Chłonęła teatralne powietrze i słuchała narodzin magii. Widziała, jak surowy Fiodor Iwanowicz nerwowo pociera brodę. W antrakcie podszedł do niej.
— Dobrze wyszło z Raniewską — mruknął. — Bardzo w punkt. Bardzo.
Dla niego to była najwyższa pochwała. Po chwili burknął, patrząc w bok:
— Ej… pojutrze jesteś wolna wieczorem? Mam dwa bilety do Kameralnego. Ciekawa sztuka. Chodź ze mną? Po spektaklu postawię grzane wino.
Patrzyła na niego — surowego, nie najmłodszego, ale prawdziwego — i uśmiechnęła się szczerze.
— Chętnie, Fiodorze.
Na scenie aktorów już wzywano do ukłonów. Sala wybuchła brawami. Olga stała za kulisami i czuła pełnię szczęścia. Nie wiedziała, co będzie dalej — czy zwiąże się z Fiodorem, czy zostanie w teatrze na stałe. To nie miało znaczenia. Znaczenie miało tylko to, że stoi tu, w miejscu, które sama wybrała. Nie ustąpiła. Nie dała się złamać. Nie stała się „mądrzejszą” w rozumieniu Zinaidy.
Wyjęła telefon, chcąc go wyciszyć. Na ekranie świeciła nieodczytana wiadomość od Aleksandra: „Wciąż cię kocham, będę czekał”. Usunęła ją bez czytania. Potem zobaczyła SMS od nieznanego numeru:
„To Fiodor. Chyba jednak bez ‘Iwanowicz’. Mów mi po prostu Fiodor. A zamiast kawy — może grzaniec? Zapowiadają zimny wieczór.”
Uśmiechnęła się i schowała telefon. Z widowni rozległo się długo wyczekiwane „Brawo!”. Za murami teatru śnieg padał gęsty, spokojny i miękki. Jej własny wiśniowy sad nie został sprzedany. Dopiero zaczynał kwitnąć.