„Nie wsiadaj do niebieskiego samochodu – jedzie na cmentarz…” – a ja, głupia, zlekceważyłam ostrzeżenie…
Czas nie płynie – on krąży. Zawija się w mgielne spirale i krąży wokół ludzkiego życia, jak dym unoszący się z ogniska, zostawiając w powietrzu niewidzialne znaki. Czasami są tak delikatne, że ich nie dostrzegamy, dopóki nie stanie się coś, co zmieni nas na zawsze.
Na końcu jednego z zatłoczonych miejskich targów, w cieniu przekrzywionego parasola, siedziała pulchna cyganka. Jej czarne oczy, głębokie jak noc, znały już sekrety wielu serc i wiele razy odbijały los, którego ludzie nie chcieli znać. Codziennie rano, jak zegar, pojawiała się przy swoim stołku, który z wielką powagą przynosiły jej dzieci. Zasiadała z paczką pestek słonecznika i szeptem, który bardziej przypominał modlitwę niż wróżbę, kusiła przechodniów do zajrzenia w to, co jeszcze przed nimi zakryte.
Właśnie wtedy obok niej przeszły dwie nastoletnie dziewczyny – Kira i Ania. Uśmiechnięte, beztroskie, prawie dzieci. Gdy cyganka uniosła wzrok i zawołała:
— Dziewczynki! Chodźcie, powiem wam całą prawdę! Nie bójcie się, zbliżcie się tylko —
Kira zatrzymała się jak zahipnotyzowana.
— Słyszałam o niej — szepnęła do Ani. — Podobno nie kłamie.
— No weź, Kira, nie bądź dziecinna. To tylko zabobony — mruknęła Ania, ale jej głos zdradzał niepewność.
— Ja zapłacę. Chodź! — nalegała Kira, już ciągnąc ją za rękaw.
Cyganka spojrzała na nie z uwagą i łagodnym ruchem wskazała miejsce przy sobie.
— Ile dla was obu? — zapytała Ania.
— Ile serce ci dyktuje, dziecinko. Ja nie wymyślam. Ja tylko widzę.
Kira podała jej złożony banknot. Kobieta szybko schowała go w fałdach spódnicy.
Najpierw spojrzała na dłoń Kiry. Milczała przez chwilę, a potem uśmiechnęła się smutno:
— Ty, dziewczyno, będziesz często nosić biel. Ale z małżeństwem nie spiesz się. Poczekaj do dwudziestego piątego roku życia. W przeciwnym razie… — urwała — …czeka cię cierpienie.
Ania westchnęła teatralnie, lecz mimo to podała dłoń.
Cyganka spojrzała i nagle cofnęła się jak oparzona. Złapała się za serce i zmarszczyła brwi.
— Co ona wyprawia? — pomyślała Ania. Ale lęk nie pozwalał jej się roześmiać.
— No, co z Anią? Kiedy wyjdzie za mąż? — zażartowała Kira.
Cyganka milczała przez chwilę, wpatrując się w dłoń dziewczyny, po czym wyszeptała niskim, chrapliwym głosem:
— Nie wsiadaj do niebieskiego samochodu… bo już z niego nie wyjdziesz.
Ania aż się wzdrygnęła. To było dziwne. Niepokojące. Tak bardzo, że nie umiała już się śmiać. Świat nagle stał się jakiś ostrzejszy, groźniejszy.
Głos wróżki znów rozbrzmiał:
— Ile masz lat, dziewczynko?
— Dwanaście — odpowiedziała cicho.
— Za mało jeszcze wiesz — odparła cyganka, patrząc jej prosto w oczy.
I życie potoczyło się dalej. Przyszły kolejne dni, potem lata. Z wróżby zostały tylko wspomnienia i cień, który od czasu do czasu pojawiał się we śnie.
Aż do tamtej nocy.
Muzyka w sąsiedniej wsi już ucichła. Impreza się kończyła, a Anna wiedziała, że babcia znowu będzie wściekła.
— Ludzie, jedźmy już, błagam! — powiedziała. — Babcia mnie już nigdzie nie puści!
Wadim, który miał prowadzić, wyglądał blado, ale był najmniej pijany. Czerwony żiguli ruszył z miejsca.
Anna siedziała z przodu, Sasza za nią, dotykał jej ramion. Śmiali się, przekrzykiwali muzykę.
— A jaki wcześniej był kolor tego samochodu? — zapytała nagle Ania.
— Niebieski! — zaśmiał się Sasza. — Ale ojciec go przemalował!
Serce Ani przestało bić na chwilę.
„Niebieski samochód…”
Zanim zdążyła coś powiedzieć, Wadim zwymiotował na kierownicę. Auto zboczyło z drogi i z ogromną prędkością uderzyło w drzewo.
Anna pamiętała tylko oślepiające światła… i ciszę.
Potem: kwiaty. Mieczyki. Tysiące mieczyków. I zapach jesieni.
— Co się dzieje? — jęknęła.
— Córeczko? — głos matki, czuły, zaniepokojony. — Chcesz powąchać kwiatek?
Anna otworzyła oczy. Była w wózku. Nie czuła nóg. Miała przed sobą matkę i jesień.
Szpitale. Rehabilitacja. Ból. Łzy.
Nadzieja gasła każdego dnia.
„Nie wsiadaj do niebieskiego samochodu…”
— Już nigdy nie będę chodzić — powiedziała do matki.
Ale nie przestali walczyć. Rodzice sprzedali mieszkanie, ciotka pomogła, wszyscy szukali ratunku.
Siedem lat później wciąż żyła. Oddychała. I choć poruszała się na wózku, jej serce znów zaczęło bić pełnią życia.
Aż do dnia, gdy znów zobaczyła cygankę.
Grubsza, starsza, zmęczona. Sprzedawała cukierki.
Anna podjechała bliżej. Cyganka spojrzała i ujęła jej dłoń.
— Już gdzieś widziałam tę rękę… — powiedziała, marszcząc brwi. — Poddałaś się, dziewczyno. Czemu?
— Bo powiedzieli, że nie ma nadziei…
— Oni nie wszystko wiedzą — powiedziała cicho. — Jedź tam, gdzie dachy są czerwone, a okna mają cztery oczy.
— Nie mam pieniędzy…
— Skąd przyszły raz, stamtąd przyjdą znowu. Uwierz.
I tak nadszedł poranek w ośrodku „Zielone Dąbrowy”.
Ania siedziała przy oknie, gdy nagle poczuła coś… coś niemożliwego. Spojrzała na stopy.
Czy to…?
Tak. Trzy palce lekko się poruszyły.
Zaczęła płakać.
Nie dlatego, że była szczęśliwa. Ale dlatego, że znów zaczęła wierzyć.
I teraz wiedziała jedno — cygance trzeba będzie podziękować.
Bo to nie los decyduje. To człowiek.
Człowiek — ze swoją wiarą, nadzieją i sercem.