Mąż przez lata upokarzał mnie przy całej rodzinie, a ja milczałam i znosiłam to w ciszy… aż w końcu nadszedł dzień, gdy postanowiłam, że to ja przejmę kontrolę. I wtedy już nie było odwrotu.

Advertisements

Zawsze milczałam, gdy mnie upokarzał. Ale pewnego dnia coś we mnie pękło. I wtedy już nie było odwrotu.

Advertisements

Znów ten zapach. Wanilia i cynamon. Kojarzy mi się z dzieciństwem, z ciepłem… ale teraz tylko ściska mnie w żołądku. Stoję przy piekarniku, wpatrzona w sernik, który właśnie się dopieka. Znam ten przepis lepiej niż swoje imię, a mimo to sprawdzam go po raz kolejny. Ręce mi się trzęsą. Błagam — niech tym razem wyjdzie idealny.

— Marysiu, śpisz tam, czy co?! — Andrzej woła z salonu. — Goście już się niecierpliwią!

Advertisements

Kroję ciasto jak chirurg — precyzyjnie, powoli, z duszą na ramieniu. Dekoruję malinami. W uszach wciąż dźwięczą jego słowa sprzed miesiąca: „Ręce jak grabie. Nawet ciasta nie umiesz pokroić jak człowiek.”

Wchodzę do salonu z tacą. Siedzi tam cała jego rodzina — rodzice, siostra z mężem, wszyscy roześmiani, rozluźnieni. Tylko teściowa patrzy na mnie jak zwykle: z góry i z pobłażaniem.

— O, nasza mistrzyni wypieków! — rzuca Andrzej z ironicznym uśmieszkiem. — Co, dziś bez katastrofy?

Stawiam talerze przed gośćmi, unikając spojrzeń. Andrzej bierze pierwszy kęs. Wstrzymuję oddech.

— Eee… — marszczy nos teatralnie. — A to co niby ma być? Piaskowiec? Suchy jak pieprz.

— Przepraszam, ja… — zaczynam, ale on mnie przerywa.

— Ile razy można ci tłumaczyć? 160 stopni, a nie 180! Nawet dziecko by zrozumiało!

Teściowa wzdycha:

— Andrzej, nie krzycz. Widać, że się starała…

— No właśnie! Starała się! — parska. — Ale zawsze kończy się tak samo — żałosnym efektem. Może trzeba było wziąć sobie żonę, która umie coś ugotować!

Cisza. Nerwowy śmiech. A ja stoję i zaciskam palce na tacy tak mocno, że zbielewały mi kostki. W środku coś się łamie. Cicho, lecz nieodwracalnie.

— Pójdę zrobić kawę — mówię cicho i uciekam do kuchni.

W dłoniach dygocą filiżanki. W głowie huczy tylko jedno: Ile jeszcze? Ile można to znosić?

Wieczorem, kiedy ostatni z gości zamyka za sobą drzwi, stoję przed lustrem w sypialni. Kim ja się stałam? Szara, zgaszona, obca samej sobie. Gdzie ta dziewczyna, która kiedyś marzyła o miłości większej niż życie?

Z salonu dobiega jego głos. Znowu rozmawia przez telefon.

— No, znowu dała ciała z ciastem. Ja już naprawdę nie wiem, jak ją do czegoś nauczyć. Może młotkiem do głowy…

Patrzę na swoje odbicie. Aż trudno mi uwierzyć, że to wciąż ja. Coś ciężkiego, czarnego zaczyna wypełniać mnie od środka. Tykanie zegara brzmi jak wyrok.

Dość. Nigdy więcej.

Nie spałam tej nocy. Pierwszy raz od lat myślałam jasno. Plan pojawił się sam — prosty, może nawet szalony… ale logiczny. Nieodwracalny.

Nazajutrz miał zrozumieć, jak to jest być nikim. I nie obchodziło mnie już, jakie będą tego skutki.


— Marysia, ty chyba kompletnie oszalałaś! — warczy, szamocząc się w więzach przywiązanych do wezgłowia łóżka. — Rozwiąż mnie natychmiast!

Patrzę na niego. Takiego bezbronnego jeszcze go nie widziałam. I co dziwne — jestem spokojna. Pierwszy raz od lat.

— Wiesz, kochanie… — zaczynam cicho, gładząc go po policzku. — Dziesięć lat to wystarczająco długo, by nauczyć się piec idealny sernik. Ale tobie zawsze coś przeszkadzało. Zawsze znajdowałeś pretekst, żeby mnie zniszczyć.

— Marysia, błagam, przestań to szaleństwo! — głos mu się łamie. — Rozwiąż mnie… albo…

— Albo co? Znów pożalisz się całej rodzinie, że twoja żona to porażka? Przecież robisz to od lat.

Wstaję, przechadzam się po sypialni. Za oknem świta, ale rolety są szczelnie zaciągnięte. Telefony wyłączone. Jesteśmy tylko my i nasze ciche piekło.

— Pamiętasz nasz ślub? — staję przy toaletce. — Wtedy po raz pierwszy publicznie mnie upokorzyłeś. „Taka niezdara, że nawet bukietu nie umie rzucić porządnie.” Wszyscy się śmiali, a ja też się śmiałam… bo wierzyłam, że to tylko żart.

— Ja… ja nie chciałem cię zranić — mówi cicho.

— Milcz. Teraz ja mówię.

Szczotkuję włosy spokojnymi ruchami. — Starałam się. Naprawdę. Kursy gotowania, etykieta, joga, dieta. Wszystko dla ciebie. Ale to nigdy nie wystarczało.

Jego twarz traci kolor. Po raz pierwszy słucha mnie do końca. Bez przerywania. Bez śmieszków.

— A pamiętasz zeszłoroczny bankiet w twojej firmie? — pytam, choć doskonale wiem, że pamięta. — Wszyscy twoi koledzy rechotali, jak opowiadałeś, że przypalam nawet wodę w czajniku.

Pochylam się nad nim.

— Wiesz, że potem siedziałam w toalecie i ryczałam? Nie, nie wiesz. Bo ciebie to nie obchodziło.

Wstaję. Idę do komody, wyciągam walizkę. Składam rzeczy powoli, starannie.

— Co ty robisz? — panikuje.

— To, co powinnam była zrobić dawno temu. Odchodzę.

— Marysia, proszę… a co ze mną? Co powiedzą ludzie?

— Nie mój problem — zatrzaskuję walizkę. — Niech twoja mamusia ci teraz piecze serniki.

Wysyłam SMS do jego siostry: „Zajrzyj do Andrzeja za kilka godzin. Klucz pod wycieraczką.”

— Ty tego tak nie zostawisz… — rzuca wściekle. — Opowiem wszystkim, że jesteś wariatką!

Odwracam się do niego ostatni raz.

— Śmiało. Mam nagrania twoich żartów. Nagrania, które z chęcią pokażę opinii publicznej. Zobaczymy, jak to odbiorą.

Jego twarz wykrzywia się w grymasie strachu.

— Ty to wszystko nagrywałaś?

— A ty myślałeś, że po prostu cierpiałam? Nie, Andrzeju. Ja się uczyłam. Uczyłam się przetrwać.

Zamykam za sobą drzwi. I po raz pierwszy od dziesięciu lat oddycham naprawdę głęboko.


Tydzień później siedzę w kawiarni na przedmieściach Lizbony. Przede mną gorąca kawa i laptop. Piszę książkę. O kobiecie, która przez lata milczała. I w końcu się obudziła.

Dostaję wiadomość: „Wróć, on się zmienił!”

Nie odpowiadam.

Bo ja już wróciłam — do siebie.

Advertisements