Nie znosi mieszkać ze mną, samotność ją przeraża, a myśl o współlokatorach napawa odrazą – więc co jej pozostało?

Advertisements

Ucieczka z pułapki – historia Marka
Moja matka wyrzuciła mnie z mieszkania, do którego miałem pełne prawo. To wydarzyło się trzy lata temu, w ponurych zaułkach Gdańska. Nie zamierzałem z nią walczyć – uznałem, że moje małżeństwo i zdrowie psychiczne są ważniejsze niż upór o cztery ściany. Więc razem z Kasią, moją żoną, po prostu się wynieśliśmy, nie oglądając się za siebie.

Advertisements

Ucieczka spod jej władzy
Już jako student próbowałem uwolnić się spod jej wpływu. Dojazdy z Elbląga na uniwersytet w Warszawie były istną torturą – podróż, która wydawała się nie mieć końca. Gdy wreszcie udało mi się dostać miejsce w akademiku, poczułem się jak więzień, który wreszcie wyrwał się zza krat.

— Ja płacę za wszystko, więc zamknij się i nie pyskuj! — powtarzała mi latami.

Advertisements

Stawałem przed nią w milczeniu, niezdolny do obrony.

Paradoksalnie, gdy się od niej oddaliłem, nasza relacja zaczęła się układać. Odległość zadziałała cuda – nie było awantur, nie było kontroli. Każde z nas miało swoją przestrzeń i przez jakiś czas to wystarczało.

A potem pojawiła się Kasia.

Plan, który się nie udał
Po ślubie przez jakiś czas wynajmowaliśmy mieszkanie w Krakowie, ale kiedy zdecydowaliśmy się na wspólne życie na dłużej, zaproponowałem, byśmy przeprowadzili się do mojego rodzinnego mieszkania w Gdańsku.

Miałem tam prawnie swój udział, więc uznałem, że możemy podzielić rachunki, trochę zaoszczędzić i w końcu kupić własne mieszkanie. Brzmiało rozsądnie.

Brzmiało.

Początkowo matka udawała, że wszystko jest w porządku, ale jej fałszywa uprzejmość nie trwała długo. Szybko zaczęła nas traktować jak intruzów we własnym domu.

— Kubek nie stoi tam, gdzie powinien.

— Za głośno chodzicie.

— Dlaczego zużywacie tyle wody?

Każdy, nawet najmniejszy pretekst był dobry, by wszcząć kłótnię. Wkrótce zaczęła celowo prowokować awantury – sprawiała, że nasze życie zamieniło się w piekło.

A my? My zaczęliśmy rzucać się sobie do gardeł.

Tego matka właśnie chciała – zasiać chaos, rozbić nasz związek. Nie wiedziała, że osiągnie coś innego.

Podjęliśmy decyzję – musimy uciekać.

Cena wolności
Nie było łatwo. Nasze oszczędności stopniały, a na własne mieszkanie nie mieliśmy szans. Wtedy rodzice Kasi podjęli desperacką decyzję – sprzedali starą, walącą się chatę pod Rzeszowem, żebyśmy mogli uzbierać na pierwszą ratę kredytu.

W końcu znaleźliśmy małe, jednopokojowe mieszkanie w Łodzi. Skromne, ale nasze.

I wtedy matka znowu dała o sobie znać.

— Skoro masz udział w tym mieszkaniu, płać połowę rachunków! — zaczęła mnie nękać telefonami.

Jej emerytura nie wystarczała na pokrycie kosztów utrzymania, więc uznała, że jestem jej ostatnią deską ratunku.

Ale ja stanowczo odmówiłem.

Zagroziłem, że sprzedam swoją część mieszkania.

Wpadła w szał.

Przez długie minuty wylewała na mnie falę obelg, jej głos był jak ostrze tnące powietrze. Ale ja już się nie bałem.

Gdy zobaczyła, że nie da rady mnie złamać, postanowiła zaatakować Kasię i jej rodzinę.

Ale to był błąd.

Rodzice Kasi postawili sprawę jasno: „To mieszkanie nie jest tylko twoje. Pogódź się z tym.”

A potem zadzwoniła ponownie:

— No, Marku, dumny z siebie, co? Zostawiłeś matkę na pastwę losu, brawo!

Czy mam wyrzuty sumienia?
Nie skaczę z radości, ale nie mam też żadnych wyrzutów sumienia.

Sama nas wypchnęła z tego mieszkania. Sama doprowadziła do tego, że teraz siedzi w nim samotnie, uwięziona w swoich własnych czterech ścianach.

To mieszkanie nigdy nie należało tylko do niej. Było nasze. Ale nie chciała się tym dzielić. Więc teraz niech się miota w pułapce, którą sama na siebie zastawiła.

Nie zamierzam jej ratować. Nie zamierzam wracać.

Teraz mam swoje życie. I nigdy więcej nie pozwolę, by je zatruła.

Advertisements