Od samego rana uwijałam się w kuchni, chcąc jak najlepiej ugościć bliskich w moim nowym mieszkaniu. Czułam radość, spełnienie, dumę – miałam wrażenie, że wreszcie wszystko w moim życiu zaczęło układać się tak, jak powinno. Ale właśnie ten dzień, który miał być świętem, okazał się punktem zwrotnym w mojej relacji z córką. Punktualnie o dwunastej, zgodnie z ustaleniami, Anna i jej mąż stanęli w drzwiach. — Jak tu pięknie! To dokładnie takie mieszkanie, o jakim marzyłam! — zawołała z entuzjazmem. Myślałam naiwnie, że cieszy się moim szczęściem. Nie wiedziałam jeszcze, że jej zachwyt nie miał nic wspólnego z radością z mojego sukcesu, a wszystko z pragnieniem… by to szczęście przejąć.

Advertisements

Myślałam, że na starość wreszcie odpocznę. Że po latach ciężkiej pracy doczekam się spokoju, własnego kąta, kubka herbaty wypijanego w ciszy. A jednak się pomyliłam. Bo moja córka uznała, że to mieszkanie, które sama sobie wypracowałam, należy się… jej.

Advertisements

Wszystko zaczęło się od zwykłej kolacji. Nakryłam do stołu, zrobiłam ich ulubione dania. Był śmiech, wspomnienia, atmosfera jak dawniej. Zięć wyszedł na balkon, żeby zapalić, a Ania spojrzała na mnie dziwnie. Jej ton był chłodny, wyważony, ale pod słowami kryło się coś więcej.

— Mamo, powiedz mi szczerze — naprawdę chcesz mieszkać sama w tym „apartamencie”, a mnie zostawić babciną klitkę? Tyle lat harowałaś za granicą i co? Tak dziękujesz własnej córce? Nawet rodzice Jarka mają z nas ubaw…

Advertisements

Nie spodziewałam się tego. Jej słowa uderzyły mnie jak w policzek. Nigdy nie myślałam o moim mieszkaniu jako o czymś, co miałabym oddać. A już na pewno nie wyobrażałam sobie, że moja własna córka spojrzy na mnie jak na kogoś, kto „blokuje metraż”.

Wychowywałam Anię sama. Mąż zmarł młodo, zostawiając mnie z niemowlęciem i niewypłaconym kredytem. Pomogła mi wtedy tylko jedna osoba – moja teściowa. Kobieta o twardym charakterze i wielkim sercu. Przyjęła nas do siebie i przez lata byłyśmy jak jedna rodzina. Żyłyśmy we trójkę, a ona stała się dla mnie jak druga matka.

Kiedy Ania wyjechała na studia, ja też postanowiłam w końcu coś zrobić dla siebie. Przyjaciółka zaprosiła mnie do Szwecji. Powiedziała: „Zobaczysz, zarobisz i wrócisz na swoje.” I pojechałam. Zostawiłam córkę pod opieką babci i podjęłam najcięższą decyzję w życiu — opuściłam dom, żeby go kiedyś móc naprawdę stworzyć.

Przez lata pracowałam jako opiekunka, sprzątaczka, czasem przy zbiorach. Bez języka, bez znajomości, z bólem w sercu. Każdy grosz wysyłałam Ani.

A potem babcia zmarła. Okazało się, że zapisała mieszkanie wnuczce. Nie miałam żalu — to przecież moja córka. Ania wprowadziła się tam z mężem, a ja w całości pokryłam remont.

Wtedy zaczęłam odkładać na swoje. Nie chciałam się nikomu narzucać, wracać i być ciężarem. Zbieranie szło powoli. A gdy uzbierałam większą kwotę, Ania poprosiła mnie o pomoc dla Jarka — potrzebował samochodu do pracy. Dałam im wszystko, co miałam. Dwanaście tysięcy euro. Mieszkanie musiało poczekać.

Potem znów oszczędzałam. Ale zanim cokolwiek zdążyłam dla siebie zrobić, córka poprosiła o kolejne wsparcie — dziesięć tysięcy euro na wspólny biznes. Zacisnęłam zęby i zostałam jeszcze rok dłużej za granicą. Bo jak odmówić własnemu dziecku?

A kiedy wreszcie, po tylu latach, mogłam kupić dla siebie mieszkanie, nieco poza centrum, ale ładne i dwupokojowe, myślałam, że w końcu zacznie się dla mnie spokojniejszy rozdział.

I wtedy usłyszałam:
— Mamo, nie uważasz, że to mieszkanie jest trochę za duże jak na ciebie?

Sugerowała, żebym oddała im klucze, a sama wróciła do ich „starej kawalerki”, w której nie było miejsca nawet na porządny stół.

Miałam wrażenie, że cofnęłam się do punktu wyjścia. Że znów jestem tą kobietą bez miejsca, która powinna się „przysunąć”, „zmieścić się”, „zrobić miejsce młodszym”.

— Ile potrzebuje starsza pani, żeby żyć? — powiedziała kiedyś półżartem Ania. Dopiero teraz zrozumiałam, że mówiła serio.

Zadzwoniłam do przyjaciółki. Do tej samej, która kiedyś pomogła mi się podnieść, która przekonała mnie, że jeszcze mogę coś osiągnąć.

— I co teraz? — spytałam, dusząc łzy.

— Powiedz jej „nie”. Masz do tego prawo. Przez lata żyłaś dla innych. Nie wyrzekaj się siebie w imię cudzej wygody.

Ale to nie jest takie proste.

Bo jeśli odmówię, wiem, że coś pęknie. Że moja relacja z córką może się nie pozbierać. A jeśli ulegnę — zaprzepaszczę wszystkie lata swojej walki, swoje noce spędzone w zimnych pokojach pracowniczych, swoją samotność i nadzieję.

Stoję na rozdrożu. I czuję, że nie ma dobrego wyboru. A może po prostu nie umiem go jeszcze dostrzec.

Advertisements

Leave a Comment