Zostawił ją przed ołtarzem, przekonany, że nosi w sobie cudze dziecko. Lata później ich spojrzenia znów się skrzyżowały… i wtedy zrozumiał, jak bardzo się pomylił.

Advertisements

Porzucił ją w dniu ślubu, wierząc, że nosi w sobie cudze dziecko. Gdy po latach znowu spojrzał jej w oczy… zamarł.

Advertisements

W dziale sprzedaży panowała nerwowa cisza, choć z pozoru wszystko wyglądało jak zwyczajny poranek w biurze. Pracownice siedziały przy biurkach, uderzając w klawiatury z przesadną gorliwością, układając papiery, wertując katalogi, jakby każde kliknięcie i każdy ruch miał udowodnić, jak bardzo są zaangażowane. W rzeczywistości wszystkie zerkały ukradkiem w stronę drzwi. Bo zaraz miał wejść on.

Paweł.

Advertisements

Ich szef. Tajemniczy, poważny i nieprzenikniony jak zimowe niebo.

W końcu drzwi się otworzyły. Do biura wszedł mężczyzna o prostych plecach, w idealnie skrojonym garniturze, z chłodnym spojrzeniem, które potrafiło zmrozić nawet najgorętszy entuzjazm.

— Dzień dobry, Pawle Nikołajewiczu — przywitała się Irina, rudowłosa jak ogień. Jej uśmiech był szeroki, niemal sztuczny. — Może kawy?

— Proszę przygotować raport z zeszłego miesiąca. Za godzinę ma leżeć na moim biurku. — Jego głos był stanowczy, nieprzyjemnie rzeczowy. Nie spojrzał nawet na kobietę.

„I po co ja się dziś tak starałam, skoro nawet nie zauważył nowej sukienki…” — pomyślała z goryczą Irina, chowając się za ekranem komputera.

— A mówiłam, że to nic nie da — szepnęła Katia, potrząsając lokami. — On jest jak skała. Na nikogo nie patrzy.

— Może po prostu nie lubi kobiet? — dodała Ola, wzruszając ramionami.

W tym momencie drzwi gabinetu znów się otworzyły, a w progu stanął sam Paweł. Mierzył je spojrzeniem jak generał zbuntowanych kadetek.

— Drogie panie, słyszę, że temat mojej osoby wywołuje niemałe poruszenie. Otóż informuję: jestem wolny. I samotny. Ale teraz proszę wrócić do pracy. — Jego głos był surowy, choć przez chwilę zadrgał w nim cień rozbawienia.

Zamknął drzwi. Dziewczyny zamilkły, zawstydzone. Wracając do obowiązków, wymieniły między sobą znaczące spojrzenia. Wkrótce pojawił się Sergiej — przyjaciel Pawła i częsty gość w ich biurze.

— Ach, znów jestem w raju! Samo piękno dookoła! — zawołał, zadziornie zerkając na kobiety.

„Gdyby tylko nie miał żony…” — pomyślały niemal równocześnie, uśmiechając się kokieteryjnie.

Sergiej i Paweł zniknęli w pobliskiej kawiarni.

— No stary, powiedz szczerze. Czemu ty ciągle sam? Przecież masz wokół siebie same ślicznotki.

— Bo to tylko ładne opakowania. Piękno zbudowane na tynku i cieniach. Szukam kogoś prawdziwego. I mądrzejszego niż Instagram — odpowiedział Paweł, mieszając kawę z lekkim grymasem.

Wieczorami wracał do domu, gdzie czekała na niego matka — Olga Michajłowna. Kobieta pogodna, ale zmartwiona. Z każdym rokiem coraz bardziej.

— Synku, czterdziestka minie, zanim się obejrzysz. Kiedy ty mi w końcu powiesz, że się zakochałeś?

Paweł uśmiechał się łagodnie.

— Spokojnie, mamo. W końcu znajdę tę właściwą. Muszę tylko poczekać.

Wszystko zmieniło się pewnego listopadowego poranka.

Do przychodni wszedł tylko na chwilę — chciał się zaszczepić przeciw grypie. Ale nie spodziewał się, że to właśnie w gabinecie zabiegowym znajdzie kobietę, która odmieni jego życie.

Ubrana w biały fartuch, z twarzą częściowo zakrytą maseczką, spojrzała na niego fiołkowymi oczami.

— Proszę usiąść, będzie lekko ukłuć. — Jej głos był ciepły, melodyjny.

Paweł usiadł. Nawet nie poczuł zastrzyku.

— Ma pani rękę anioła. — Spojrzał na jej plakietkę. — Darja Iwanowna… piękne imię.

— Czy coś się dzieje? Blady pan jakiś.

— Zwykle nie tracę głowy, ale dziś zrobiłem wyjątek.

To był początek. Po chwili już umawiali się na wieczór.

Spotkali się. I potem znów. I jeszcze raz.

Darja — skromna, naturalna, inna niż wszystkie kobiety, które znał. Ujęła go prostotą, szczerością i spojrzeniem, które nie potrzebowało słów.

Zimą zaprowadził ją do matki.

— Przypomina mi dziewczyny z dawnych lat. Nie napompowana, nie zmanierowana. Prawdziwa — pomyślała Olga Michajłowna i niemal się popłakała z radości.

W grudniu złożyli wniosek w urzędzie. Ślub zaplanowano na styczeń.

Ale wtedy nadszedł cios.

Paweł musiał wyjechać w delegację. Obiecał, że wróci tuż przed Nowym Rokiem.

Wrócił. Z bukietem i winem. Szczęśliwy. Ale Darja już wiedziała. Przypadkowo przeczytała wiadomość od jego szefowej: „To była cudowna noc, mój ukochany”.

Zamarła.

— Larisa?! — szepnęła z niedowierzaniem.

W jednej chwili cały świat się zawalił.

Nie powiedziała nic. Wybiegła. Upiła się po raz pierwszy w życiu. Trafiła do baru. A potem… znalazła się w obcym łóżku. Z nieznajomym.

Rano wpadła w panikę. Uciekła. A Paweł…?

Próbował się tłumaczyć. Płakał. Błagał. Przysiągł, że to był błąd. Że się zakochał w Darji.

Ona milczała. Wybaczyła mu. Ale postawiła warunek — żadnej bliskości przed ślubem. Potrzebowała czasu. Chciała zapomnieć.

Potem przyszedł test ciążowy. I wyrok: w ciąży. A to nie było dziecko Pawła.

W dzień ślubu, kilka minut przed ceremonią, powiedziała mu prawdę.

— To nie twoje dziecko. Przepraszam.

Zamilkł. Zbladł. A potem wściekł się jak nigdy.

— Oszukałaś mnie! — krzyknął na całą salę. — Nie będzie żadnego ślubu!

I wyszedł.

Goście byli w szoku. Rodzice Darji nie wiedzieli, co powiedzieć. A ona… po prostu zdjęła welon i wyszła. Sama.

Trafiła tam, gdzie wszystko się zaczęło. Do baru.

I tam… znów spotkała jego.

Dima. Ten, którego nie znała. Ojciec dziecka.

Tym razem rozmawiali. Spokojnie. Bez alkoholu. I coś między nimi zaiskrzyło — prawdziwie.

Po miesiącu się jej oświadczył.

— Nie wiem, czy to los, czy przypadek… Ale wiem, że nie chcę żyć bez ciebie.

Zgodziła się.

Zbudowali dom. Rodzinę. Pokochali się tak, jak ludzie potrafią pokochać dopiero wtedy, gdy przeszli przez piekło.

Minęły lata.

Na pewnym bankiecie biznesowym spotkała Pawła. Stał obok Larisy. Starszy, zmęczony, służalczy.

Zobaczył ją. I zamarł.

A ona tylko się uśmiechnęła.

— Dzień dobry, Pawle — powiedziała cicho i podała dłoń swojemu mężowi, który stał obok.

Dima pocałował ją w skroń.

To był koniec.

I nowy początek.

Advertisements

Leave a Comment